100 kilometrów???  Mi to by się samochodem nie chciało… Tymi słowami, jakiś czas temu, mój znajomy skomentował mój pomysł wystartowania w biegu na sto kilometrów. Mi też się nie chciało, dlatego pobiegłem na 95.

No a teraz kilka słów o samym biegu. W Boguszowie-Gorcach byłem jeszcze przed otwarciem biura zawodów, które zaczynało działać o 16:00. Czas ten wykorzystałem, aby zwiedzić miasteczko, a przy okazji zapoznać się z trasą biegu. Przelotnie padał deszcz i był nieprzyjemny wiatr, więc wsiadłem z powrotem do samochodu i zrobiłem szybką rundkę po miasteczku. I już od samej jazdy samochodem byłem zmęczony, bo te kilka kilometrów nie zawierały praktycznie żadnego płaskiego fragmentu. A te co wiodły pod górę albo w dół były o nachyleniu, którego na Mazowszu z trudem szukać. Po 16 szybko odebrałem pakiet, zostawiłem „przepaki” i pojechałem do pokoju spróbować złapać jeszcze kilka chwil snu.

Na starcie pojawiłem się koło 21:00 pełen niepewności, co mnie czeka przez najbliższe kilkanaście godzin. Czas do startu spędziłem w budynku, gdzie znajdowało się biuro zawodów studiując raz jeszcze trasę, punkty kontrolne, wałkując w myślach kolejny raz założenia. Próbowałem sobie to wszystko jakoś poukładać w głowie. Głównym założeniem na bieg było jego ukończenie, czas był mniej ważny ale chciałem to zrobić między 14 a 16 godzin. Dodatkowo założyłem sobie, że pod górę nie będę biec.

Dochodziła 22, tłum ludzi gęstniał, biegacze ustawiali się powoli na starcie, a dookoła zebrało się chyba całe miasteczko aby popatrzeć na nasz start. Punkt 22 i start w oprawie sztucznych ogni. Na początku runda honorowa po miasteczku i po kilkuset metrach zaczęła się prawdziwa rywalizacja. Pierwsze kilometry mijały szybko i przyjemnie, było jeszcze jasno, a my biegliśmy trochę ścieżkami w lesie, a trochę drogami polnymi. Na pierwszym punkcie na 6 kilometrze złapałem tylko kubek wody dla zasady i nawet się nie zatrzymywałem. Dalej biegło się również dobrze, kilka kilometrów asfaltem, a potem szutrami. Noc robiła się coraz ciemniejsza, warunki do biegu stawały się  coraz cięższe. Stawka biegaczy już się trochę rozciągnęła i trzeba było polegać tylko na świetle własnej czołówki. Do punktu na 20 kilometrze dobiegłem chwilę po północy. Złapałem tylko drożdżówkę i poleciałem dalej. Po 6 km był kolejny punkt. Okazało się, że to ten sam punkt tylko z drugiej strony. Tutaj też złapałem drożdżówkę, uzupełniłem wodę i ruszyłem dalej w drogę. Po chwili uzmysłowiłem sobie, że właśnie na tym punkcie był pierwszy przepak, zapomniałem o nim ale już się nie było sensu się wracać pod górę.

Wybiegliśmy z lasu i znowu zaczęły się szutry z luźnymi kamieniami. I tak do 33 kilometra gdzie był kolejny punkt, a za nim zaczął się najnudniejszy fragment trasy. 5 kilometrów podejścia szeroką, równa żwirową drogą wśród ciemności. Tutaj wziąłem pierwszy żel i jak się okazało jedyny. Nie byłem jakoś mocno zmęczony biegiem ale bardzo chciało mi się spać ;p Żel z tauryną pomógł i senność przeszła a ja byłem już na szczycie 😉 Tutaj też był kolejny przepak, o którym już nie zapomniałem, zjadłem kolejną drożdżówkę, napiłem się ciepłej herbaty, z przepaka wyjąłem snikersa, m&msy, colę i domowy izotonik. Upchnąłem wszystko w kieszeniach i ruszyłem w dół w stronę mety maratonu. Po szybkim zbiegu byłem już na kolejnym punkcie gdzie z przepaka wymieniłem butelki na pełne do kieszeni pakiet snikersa i m&msy i ruszyłem dalej. Stawka biegaczy skurczyła się i coraz częściej były momenty, że biegło się samemu nie mając nikogo w zasięgu wzroku. Na tym odcinku pojawiły się pierwsze małe problemy, rozbolał mnie brzuch i nie mogłem biec 🙁 wtedy akurat wbiegliśmy na przedmieścia miasta i żeby nie tracić zbyt dużo zacząłem biec na zmianę z marszem po 200 metrów. Co okazało się całkiem dobra metodą. W ten sposób w przeciągu 5-6 kilometrów wyprzedziłem z 15 osób, a kilometry zaczęły jakoś szybciej mijać. Nawet się nie zorientowałem kiedy minął 53 km i zaczęło się najcięższe podejście całego biegu. 1,5 kilometra pod górę o nachyleniu dużym albo bardzo dużym 😉 Na szczycie był kolejny punkt, menu się zmieniło i zamiast drożdżówek były bułki śniadaniowe. Wziąłem jedną bułkę i wspiąłem się jeszcze na wieżę widokową podziwiać wschód słońca. Po tym śniadanku z przepaku zabrałem swój standardowy zestaw powiększony o elektrolity i ruszyłem dalej. Do punktu na 72km, który jako jedyny miał limit czasu, miałem 17 kilometrów i ponad 6 godzin zapasu. Był to chyba najprzyjemniejszy fragment trasy, zrobiło się widno, spora część trasy przebiegała przez las, więc nie wiało też tak bardzo.

W między czasie na 65 km był przepak, gdzie do standardowego zestawu doszedł magnez. Szkoda, że dopiero teraz bo kilka kilometrów wcześniej złapały mnie mocne skurcze i musiałem wziąć tabletkę, żeby przeszły. Ok. 2 kilometrów przeszedłem żeby dać mięśniom odpocząć. Na 72 kilometr przybiegłem po 8 rano. W dość dobrej formie, skurcze nie powracały, a mnie nic nie bolało. Tutaj skorzystałem jak zwykle z przepaka i wyruszyłem w stronę ostatniego punktu przed metą.

Po kilku kilometrach dystans zaczął zbierać swoje żniwo. Coraz więcej ludzi po prostu szło, rzadko kto podbiegał nawet na zbiegach. A u mnie było wręcz odwrotnie. Za punktem szedłem, podbiegając tylko jak było w dół ale czym dalej zaczynałem coraz częściej podbiegać na płaskich odcinkach przeplatając to szybkim marszem. Ale żeby nie było za fajnie zaczęły mnie boleć stopy, każdy kamień był niczym szpilka wbita w podeszwę buta. W tym czasie wyprzedziłem kilka osób, które parę godzin wcześnie wyprzedzało mnie w pełnym biegu.

Na 86 kilometrze był ostatni przepak, szybko zabrałem co mogło się przydać jeszcze na „ostatniej prostej” i czym prędzej poleciałem dalej. Byłem już bardzo zmęczony i jedyne o czym myślałem to to żeby już była metą i koniec tego biegu. Nogi bolały coraz bardziej, stóp nie czułem w ogóle, ale ciągle podbiegałem gdzie tylko się dało. W końcu na horyzoncie było widać koniec lasu, był ok. 91 kilometr. Koniec był już blisko.

Mocne tempo narzucone na ostatnich kilometrach dało o sobie znać powracającymi skurczami. Nie mogłem biec ale wiedziałem, że mam szansę być na mecie przed południem, więc utrzymywałem szybki marsz. Wtedy dogoniła mnie pewna dziewczyna, z którą wymieniłem kilka zdań. Gdy usłyszała, że mam skurcze oddała mi swojego szota magnezowego, trochę pomógł. W między czasie narzeczona mi napisała, że wierzy, że mi się uda być przed 12. Dostałem wtedy dodatkowego powera. Odpocząłem jeszcze z 200-300 metrów i zacząłem biec. Byłem już z powrotem w Boguszowie-Gorcach. Trasa wzdłuż torów płaska. Biegłem. Skręt w prawo, podejście. Przeszedłem do szybkiego marszu. Dogoniłem dziewczynę co dała mi wcześniej szota. Chwilę po płaskim i trochę w dół, znowu biegłem. Ostatnie podejście, znów szybki marsz. Już nie zwracałem uwagi na zmęczenie, było zbyt duże. Chciałem jak najszybciej przekroczyć metę i móc odpocząć.

Koniec podejścia, włączenie telefonu z transmisją, skręt w prawo, wbieg na stadion i ostatnia prosta. Zmęczenie znikło, biegłem ile sił w nogach.

Nareszcie meta. Koniec. Odpoczynek. Czas 13:44:41 w najlepszych założeniach nie myślałem o takim.

 

http://sudecka100.pl/

 

Logo_footer   
     © 2015 MKB Dreptak | wsparcie, aktualizacja: boria.pl

Nasz profil na:           Szukaj w serwisie:   



Zgodnie z przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych wszelkie prawa do fotografii oraz tekstów zamieszczonych na tej stronie są własnością jej autora. Kopiowanie i rozpowszechnianie ich w jakiejkolwiek formie bez zgody autora jest zabronione.