Podejmujemy się po raz kolejny skomplikowanej sztuki chwalenia. Liczymy na to, że zainspirujecie i zmotywujecie się tekstem który zaraz przeczytacie. Niezwykle rzadko zdarza się takie mocne zakończenie sezonu, jak u pewnego Pana z naszego klubu, niejakiego Piotra Podstawki. Podstawek wybrał się do Gdańska, aby ostatni raz w roku rozliczyć się z połówką podczas AmberExpo Półmaraton Gdańsk. Na jego sukces w tym biegu skumulowało się wiele czynników, o których sam nam opowie w obszernej relacji. Będzie długo i nad wyraz intymnie.

Na maraton przyjdzie jeszcze czas, teraz była pora na rozprawienie się częścią dystansu królewskiego. Dzień przed startem szybka wymiana wiadomości z wiernym fanklubem, i Podstawkowi pozostało tylko wybiegać, to co wypracował. Ostatnio Piotrek świecił triumfy, przygotowania szły świetnie, co prawda w między czasie pojawiła się infekcja, i lekkie osłabienie organizmu. Zawsze musi być ten element dramaturgii. Celem było 1:15:xx. Ale przeczytajcie sami co ma na ten temat do powiedzenia:

 

Piotr Podstawka: Wstępnie planując sezon nie zakładałem przebiegnięcia półmaratonu. Nie jest to mój dystans, zdecydowanie lepiej czuję się na krótszych biegach. Jednak magia Gdańska przyciągnęła mnie po raz kolejny i czwarty  raz stanąłem na starcie AmberExpo Półmaratonu Gdańsk.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni treningi szły mi ciężej oraz złapałem drobne infekcje. W związku z tym z trenerem zdecydowaliśmy się na bardziej zachowawczą taktykę. Pierwsze dwa kilometry miały być wolniejsze, abym nabrał rozpędu, a później powinienem był trzymać się docelowego tempa, tj. 3:30-3:35. Zresztą podobna strategia sprawdziła się u mnie wielokrotnie. Do tego czułem wsparcie mińskiego środowiska biegowego i mojej Ani. Czy może być lepiej? NIE.

Rozgrzewka była intuicyjna, czyli zrobiłem jak automat to, co zawsze. Ok. 3km w tempie rozbiegania, wymachy nóg i rąk, krążenia biodrami i 4 przebieżki. Pogoda pozwoliła na start na krótko, wiał lekki wiatr z południa. Stojąc na starcie byłem niesamowicie pewny siebie i skoncentrowany na biegu. Zapewne duży w tym udział ma kofeina, którą regularnie stosuję przed zawodami 🙂 Byłem przekonany o własnych możliwościach. Dodatkowo startowałem ze strefy elity. Nie paraliżowało mnie to. Wręcz przeciwnie.

Jak zwykle ze startu wszyscy ruszyli jak z procy. A ja spokojnie, w stawce, bez przepychania się i omijania po zewnętrznej. Pierwsze dwa kilometry minęły błyskawicznie i wreszcie mogłem przyspieszyć. Przechodziłem z grupy do grupy, łapałem kolejnych biegaczy. Proces ten trwał przez 3 kilometry i piątka wyszła w 18:01. Nie przejmowałem się tym, że jest za wolno. Wiedziałem, że ten odcinek był zaledwie rozgrzewką.

 

Niestety grupa poprzedzająca mnie zaczęła się oddalać, a za mną zrobiło się głucho. Zostałem sam. Nie pozostało mi nic innego, jak ustawić tempomat na 3:30-3:35 i w jak najlepszym stanie dociągnąć do piętnastego kilometra. Druga piątka zamknęła się w 17:51, a trzecia 17:39. Pomyślałem sobie, że nieźle jak na indywidualny bieg na czas. Z pobieżnych obliczeń wyszło mi, że mam 15 sekund straty do złamania 1:15.

Na ostatniej piątce wiatr zaczął wiać w twarz, mięśnie już nie były tak elastyczne, a ja dalej walczyłem sam ze sobą, bo nikogo nie było widać ani z przodu, ani z tyłu. Mimo to zacząłem przyspieszać. Biegłem sercem i rzuciłem na szalę już prawie wszystkie pozostałe resztki energii. 3:29, 3:29, 3:32. Przeliczałem te sekundy i wciąż byłem w grze. Niestety zaczął się największy podbieg na trasie. Podbieg, który rok temu kompletnie mnie postawił. Zwolniłem, pracowałem rękami i walczyłem na każdym metrze. Zegarek był nieubłagany. 3:40 i praktycznie koniec marzeń o złamaniu 1:15. Nie wiem gdzie znalazłem w sobie kolejne pokłady motywacji, ale na zbiegu znowu przyspieszyłem i tlił się płomyk nadziei. Zacząłem długi finisz, walczyłem z całych sił. Ostatni kilometr okazał się najszybszy – 3:19, ale mimo to zabrakło kilku sekund. Czas na mecie 1:15:06.

Wbiegając na ostatnią prostą nadziałem się na 2-3 centymetrowy wkręt, który był pozostawiony na trasie. Wkręcił mi się w but i przebił duży palec. Dobrze, że to był finisz więc nie musiałem się zatrzymywać. Z samego biegu jest bardzo zadowolony, bo świetnie zrealizowałem przedstartowe założenia. Bieg nie ułożył się pode mnie, a i tak znacznie poprawiłem rekord życiowy. Piękny negative split. Do tego załapałem się na podium w kategorii wiekowej.

Jedno już wiem na pewno. W przyszłym roku znowu odwiedzę ten półmaraton i ponownie będę narzekać na końcowy podbieg i czołowy wiatr. Chyba jednak to lubię.

Idąc za przykładem Piotrka – nigdy nie można przestać wierzyć w siebie, w swoje możliwości i w swój sukces. Cytując klasyka: trzeba postawić sobie ważne pytanie co lubi się robić i zacząć to robić. Czasem kluczem tego sukcesu jest sam optymizm, dobry talizman przy boku. Nie musimy być mistrzami świata, musimy pokazać tylko swe mistrzowskie oblicze.

 

Logo_footer   
     © 2015 MKB Dreptak | wsparcie, aktualizacja: boria.pl

Nasz profil na:           Szukaj w serwisie:   



Zgodnie z przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych wszelkie prawa do fotografii oraz tekstów zamieszczonych na tej stronie są własnością jej autora. Kopiowanie i rozpowszechnianie ich w jakiejkolwiek formie bez zgody autora jest zabronione.