O borze szumiący! Co za radość! W sobotę gorycz porażki ale w niedzielę już RADOŚĆ. Namiastkę opowieści o Runbertów już znacie, czas zatem
na jej dalszy ciąg. To właśnie ten sobotni niedosyt wrażeń i emocji zawiózł w niedzielę Czyżusia i Lamparta za Wawer. Reszta już odpuściła.

Co tam się zadziało w tym Rembertowie? Otóż to zlepiliśmy drużynę: Biały, Lampart, Prezes, Czyżuś i Olko. W naszym mniemaniu drużynę wcale niekiepską, dwa czarne konie miały nadrobić straty. Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.
Trasa kręta, trochę wiatru, trochę słońca ale trasa przyjemna. Każdy pobiegł na tyle ile mógł. Plan niestety się nie powiódł, nie wystarczyło. Nie wnikamy w to, jak naprędce były konstruowane pozostałe drużyny. A w zasadzie jaka chłodna kalkulacja wchodziła w grę… Zabolało. Obcierka o podium zawsze jest dotkliwa. Niemniej jednak dopisywały nam humory.
Czyżuś pobiegł świetnie, zaprawdę niewiele zabrakło do zmierzenia się z obecnym rekordem życiowym. Lampart wykrzesał z siebie co mógł i jest to wielkie lał – 16:46. Biały wykrzesał z siebie jeszcze więcej niż dotychczas miał w zwyczaju- czas 17:07 robi to wrażenie. A przecież niedawno biegł maraton! Prezes przy swoim czasie 18:53 też dał z siebie maksa. Olko z bólem pleców i gilem po pas, bo dzień wcześniej myła okna i ją przewiało, nabiegała dawną życiówkę 22:38. Pamiętajcie dom to nie muzeum, a zawody rzecz święta i świetna; można było odpuścić porządki:-p A może kto wie, kto wie jakby się to mogło rozegrać. Gdyby były nagradzane kategorie Czyżuś byłby M30-1, Lampart M30-3, Biały M40-1, Prezes M40-4 i Olko K30-4. Niezłe prawda?

Z racji tego, że był powrót bez pucharków. Czyżusia i Lamparta jakoś to gryzło, i źle im było z tym. To se wymyślili, że pobiegną następnego w Radości w „Bieg z radością”. Umarł król, niech żyje król. Czyżuś wybrał dystans 5 km, Lampart 10.
Była to 1 edycja biegu, taka totalnie z przytupem. Genialne, kuszące i kosztowne nagrody połechtały niejednego pazernego. Organizacja obłędna, normalnie na trzy razy TAK. Bieg dla około 600 biegaczy, a miasteczko przygotowane jak przy masowych, wielkich biegach. Rewelacja. Trasa 5 – dobra – szybka i płaska, jeden zakręt, potem nawrotka po 2,5 i z powrotem. W pierwszą stronę mocno wiało. U Pawła od początku to był samotny bieg i cały wiatr brał na siebie.
Pierwszy km w 3:10, potem pod wiatr 3:21, po 2 km Dominik Gosk biegł już za nim, potem 3 kilometr z nawrotka w 3:18. Czyżuś: Po 3 km patrzę, że minimalnie zostaje, to myślę – teraz trzeba to rozegrac, 4 kilometr był już w 3:12, piąty też w 3:12, bo juz szybciej nie bylem w stanie. Pierwszy na mecie. Gdy poczuł, że jest ciężko … to zwyczajnie przyspieszył… W Rembertowie początek pruł do przodu prowadząc zawodników, zajechał się tym, ale jak mówi zawody to też dobry trening dla głowy. I zawsze lepsze niż mycie okien.

Zbyszek pobiegł ładnie 34:31! Biegli we dwóch, kilka razy próbował sie zerwać, ale niestety nie dało rady, i na jakies 200 m przed meta gdy zaczęli finiszowac niestety rozegrało się nie po myśli Lamparta. Ale i tak byle moc – M30-1❤️

Jesienne Bieszczady

W tym roku jesień jest piękna, ale taka naj, naj, najpiękniejsza jest  w Bieszczadach. Z powodu takiego jesiennego „upału” 4 naszych klubowiczów postanowiła spędzić weekend w Cisnej  i wystartować w takich tam zawodach… jak prestiżowy Maraton Bieszczadzki. Daniel Jurczak reprezentował nas na dystansie 53 km, natomiast Joanna Węglińska, Sebastian Węgliński i Mariusz Szymański wybrali takie zaledwie 26 km. Bieszczady są zjawiskowe, kiedy nie ma deszczu i błota…. Daniel wystartował o 7 rano, a reszta o 8:15 po wycieczce kolejką do Solinki. Podczas biegu słońce grzało, głowa się gotowała, ale cała czwórka dzielnie zmierzyła się ze swoimi dystansami i zameldowali się na mecie z uśmiechami na twarzach. Pierwszy dobiegł Mariusz z czasem 3:58:54. Pięknie złamał 4 godz., co niestety nie udało się Joannie i Sebastianowi. Seba dałby radę, ale nasza klubowa gaduła nie bardzo przygotowała się do tego biegu. 3 km przed metą nogi już całkiem odmówiły posłuszeństwa i ostatni bardzo stromy zbieg ciągnął się w nieskończoność. Bieszczady pokazały kto tu rządzi. Na metę dotarli z czasem 4:04. Przynajmniej lepiej niż rok wcześniej. Daniel po ciężkich 53 km na metę dotarł z uśmiechem na twarzy (PSYCHOL) i czasem 8:46:40. Dzielnie wspierała go na punkcie nasza Aga Nowosielska i jak to ujął „bez niej by nie pykło”.

Bieg, pogoda i organizacja SUPER. Jeśli planujecie jakieś biegi górskie to Maraton Bieszczadzki polecamy w ciemno!

Logo_footer   
     © 2015 MKB Dreptak | wsparcie, aktualizacja: boria.pl

Nasz profil na:           Szukaj w serwisie:   



Zgodnie z przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych wszelkie prawa do fotografii oraz tekstów zamieszczonych na tej stronie są własnością jej autora. Kopiowanie i rozpowszechnianie ich w jakiejkolwiek formie bez zgody autora jest zabronione.